Adorując Jezusa w Hostii podziwiamy Go, patrzymy z zachwytem, choć Jemu najbardziej zależy na tym, aby nasze spojrzenie na Niego były spojrzeniami miłości, podobnie jak Jego na nas.
Ta modlitwa nie jest łatwa. Wszystko co mamy tu „robić” to tylko patrzeć, co bywa czynnością bardzo trudną. Jesteśmy raczej przyzwyczajeni do aktywizmu, nawet religijnego, a w adoracji mamy się zatrzymać przy Bogu, ale i przy sobie. Po takiej modlitwie można mieć poczucie „zmarnowanego czasu”, który wypełniony został tylko walką z rozproszeniami i zmęczeniem, ale to nigdy nie jest czas stracony. Możemy nie zauważyć natychmiast po opuszczeniu kościoła tego, jak dotknęła nas Jego łaska, ale mogą to dostrzec inni. Poza tym Bóg lubi przychodzić w ostatniej chwili, kiedy zmęczeni walką, zbieramy się już do wyjścia. Wtedy zdarzyć się może prawdziwe spotkanie w Duchu i prawdzie.
W „Szumie z nieba” (nr 1, 2012) przeczytałam o adoracji takie słowa: „Im więcej przebywasz twarzą w twarz z Bogiem, tym bardziej stajesz się do Niego podobny (…) Patrzenie na Boga ma taką właściwość, że nawet nie wiesz, kiedy Twoja twarz upodabnia się do Jego. Bóg prześwietla cię swoją chwałą i miłością. Idziesz na adorację i twoje myśli się zmieniają, zmienia się więc wyraz twojej twarzy. Bóg robi ci „roentgena” i przemienia tak, byś świecił Jego światłem”.
Aby przybliżyć ten rodzaj modlitwy jakim jest adoracja, poniżej przytaczam „małą instrukcję” tego spotkania, którą opracowała Wspólnota Błogosławieństw (Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym, nr 17, 1997).
.jpg)
